czwartek, 20 kwietnia 2017

BANKRUT: łatwo przyszło, łatwo poszło - recenzja gry Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Reiner Knizia – człowiek, który ma na swoim koncie setki gier. Jest jednym z najbardziej płodnych autorów i pewnie jednym z nielicznych, który wyłącznie z tego żyje. Mam świadomość tego, że w portfolio Niemca znajdzie się sporo gier bardzo dobrych, sporo gier przeciętnych i sporo gier po prostu słabych. Cieszę się, że co niektóre wydawnictwa od czasu do czasu wygrzebują perełki, które gdzieś przykrył już kurz, a szkoda, bo warto je przypomnieć światu. 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia postanowiło przybliżyć nam taką grę. Mowa tutaj o Wheedle, która światło dzienne ujrzała w roku 2002. Oczywiście dokonano przy okazji zmiany tytułu i pokuszono się o nową szatę graficzną. Czy zatem Bankrut – bohater dzisiejszej recenzji, zasługuje na miano perełki? Zapraszam do lektury recenzji.



CO ZAWIERA GRA

Całość zamknięta jest niewielkim pudełku. Wewnątrz znajdziemy 61 kart, grubych kart, które z pewnością odwdzięczą się swoją trwałością. Akurat charakter gry jest taki, że karty non stop krążą między graczami i nie dziwię się, że wydawca postąpił w ten sposób. Będzie się to jednak wiązało z pewnymi utrudnieniami, ale o tym później.

Do tego wszystkiego dołożono nam notesik do liczenia punktów oraz ołówek. Mała rzecz a cieszy.

CEL GRY

Celem gry jest takie kombinowanie, takie lawirowanie, wykorzystanie naszych umiejętności negocjacyjnych, żeby na koniec uciułać jak największą liczbę punktów z zebranych kart. Brzmi to nieco pokrętnie, ale sama gra taka jest.

PRZYGOTOWANIE GRY

Przygotowanie gry jest krótkie. Musimy rozdać wszystkie karty (poza jedną, która odkryta wędruje na środek stołu). Zatem jeśli gramy w minimalnym trzyosobowym składzie, to każdy z nas otrzyma 20 kart, a w przypadku czterech osób – 15, etc.

PRZEBIEG GRY

Rozgrywka naprawdę jest banalna, jeśli chodzi o zasady.
Do dyspozycji otrzymujemy zestaw 61 kart o 3 wartościach liczbowych: 5, 7 i 9, w ramach których mamy różne dobra, jak np. cegły, owce, czy kawa. Cyferka na karcie, oprócz możliwej do zdobycia wartości punktowej, informuje również o tym, ile danego rodzaju jest w talii.

Gramy w rundach (ilu graczy, tyle rund). Wszyscy gramy równocześnie. Przez całą grę będziemy dokonywać:

(I) wymian kart z ręki albo z innymi graczami, przy czym nie ma tutaj żadnych ograniczeń. Możemy wymieniać tyle kart ile chcemy jeden do jednego, dwie karty za cztery, trzy za jedną, czy nawet oddać karty za darmo – wszystko zależy od samych graczy

(II) wymiany karty leżącej na stole – ta karta jest niebezpieczna. Jeśli zdarzy się nam, że na ręce będziemy posiadać ten sam rodzaj karty, to dostaniemy punkty ujemne.

Po co to wszystko robimy? Naszym celem jest zebranie zestawów kart stanowiących większość danego rodzaju, przykładowo poprzez posiadanie minimum 4 ryb z 7 dostępnych w grze. Osoba, która będzie miała na ręce same zestawy kart stanowiące danego rodzaju krzyczy „STOP” (za co dostaje dodatkowe 5 punktów) i możemy przystąpić do podliczenia punktów. Runda uległa zakończeniu.

Jak można się domyślić, punkty zdobywa się wyłącznie, jeśli ma się przewagę w danym rodzaju kart. Ujemne punkty inkasujemy za posiadanie na ręce kart tego samego rodzaju, co odkryta karta na środku stołu.

ZAKOŃCZENIE GRY

Po rozegraniu ostatniej rundy sumujemy zdobyte we wszystkich rundach punkty i możemy wyłonić zwycięzcę.



WRAŻENIA

Zastanawiam się, ile jeszcze takich perełek ma swoim portfolio Doktor Knizia. Mam nadzieję, że kilka się jeszcze znajdzie a my będziemy mogli cieszyć się po prostu dobrą, nietuzinkową grą.

Bankrut jest niepozorną karcianką. Niepozorną w tym sensie, że nie wyróżnia się ani super hiper grafiką, ani jego zasady nie są specjalnie wysublimowane. A jednak po pierwszej partii ta niepozorność gdzieś zniknęła i gra porwała nas swoim specyficznym klimatem. Okazało się, że tych kilkadziesiąt kart może wywołać niesamowite wręcz emocje.

Mamy przede wszystkim licytację. Cały czas wymieniamy się kartami, cały czas coś negocjujemy, coś oddajemy, coś dostajemy, cały czas realizujemy swój plan. Gdyby na tym przestać, to owszem, byłaby emocjonująca, ale Reiner Knizia dołożył jeden maleńki szczegół, który dodaje ogrom pikanterii tej grze. Chodzi o tę odkrytą kartę na środku stołu. Cały czas musimy czuwać. Wymiana wymianą, ale obecność tej jednej karty na stole potrafi naprawdę popsuć szyki.

Musimy myśleć szybko, musimy szacować ryzyko i cały czas dbać, żeby na stole nie pojawiła się karta, która może nam namieszać. Zatem dochodzi element troszkę zręcznościowy. Gra jest szybka i dynamiczna, zatem musimy szybko reagować, żeby nie pozostać z „ręką w nocniku”. Może nam się wydawać, że zarobimy sporo punkcików, bo mamy 5 z 9 ziół, a tu bach, jakaś wredna ręka właśnie położyła na środku niewinne ziółko i krzyknęła STOP. I zamiast punktów dodatnich mamy ujemne i a przy okazji podniosło się nam ciśnienie. Całe szczęście gramy kilka rund i za niepowodzenie w jednej może uda się odrobić w następnej.

Ten element niepewności i zaskoczenia naprawdę dodają tej grze sporo emocji, często wręcz niezdrowych, dlatego też gra bywa wredna. Czasem nawet bardzo. A my to bardzo lubimy.

Gra zależy w dużej mierze od samych grających. Nie każdy się odnajduje w takich zwariowanych negocjacjach. Nie każdy chce się bawić w swoiste przekupki na targu. Bo gra jest głośna. Musi taka być. Jak się zbierze kilka osób i każda będzie z każdą próbować się dogadać, to musi być głośno. Czasem nawet bardzo.

Wspomniałem już o elemencie zręcznościowym związanym z kontrolą odkrytej karty na stole. Posiada on jeszcze jeden wymiar, który może sprawiać pewną trudność, zwłaszcza osobom młodszym. Chodzi o ilość kart na ręce. Jeśli gramy w 3 osoby, to okiełznanie 20 grubych kart sprawia sporo trudności. Cały czas liczymy, oddajemy, przyjmujemy i mając tyle w dłoni ciężko jest tym wszystkim zarządzać, zwłaszcza dziecku. Im więcej osób tym mniejszą liczbą kart musimy wachlować, a to jednak ułatwia rozgrywkę z czysto technicznego punktu widzenia.

Kilka słów na temat skalowalności. W zasadzie minimalny skład zapewnia dobrą zabawę (pamiętając o 20 kartach na ręce). Im więcej osób, tym większe zamieszanie, tym więcej możliwości negocjacji, tym większy chaos i emocje.
Bankrut cechuje się wysoką regrywalnością. Każda partia chociaż podobna w przebiegu, będzie jednak inna. Za każdym razem otrzymamy inne karty i z nich przyjdzie nam ugrać jak najwięcej.

Czas gry. Z reguły runda nie trwa dłużej niż tych kilka minut.

Reiner Knizia nie zawiódł. Otrzymaliśmy znakomitą grę, która potrafi wzbudzić masę emocji. Za niewielką cenę otrzymamy dużo dobrej zabawy. Jest szybko, jest głośno, jest wrednie. To lubimy. I oczywiście polecamy.

 PLUSY:

+ regrywalność,
+ bardzo solidne wykonanie,
+ banalne zasady,
+ świetna mechanika,
+ dobra skalowalność

MINUSY:

- operowanie dużą liczbą kart na ręce może być kłopotliwe




Liczba graczy:  2-6 osób
Wiek: od 10 lat 
Czas gry: od ok. 15 minut
Rodzaj gry:  gra rodzinna, gra imprezowa
Zawartość pudełka:
* 61 kart,
* notes do liczenia punktów,
* ołówek,
* instrukcja do gry.
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Cena: 25-40 zł


Serdecznie dziękujemy Wydawnictwu Nasza Księgarnia- gry za przekazanie egzemplarza do recenzji.



Galeria zdjęć:




Kliknij, aby zobaczyć duże zdjęcia
Bankrut Bankrut Bankrut Bankrut Bankrut Bankrut Bankrut Bankrut Bankrut 

TuFotki.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz