Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EmperorS4. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EmperorS4. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 grudnia 2017

MATCHA: pewna jest niepewność - recenzja gry EmperorS4.

Matcha, czyli sproszkowana zielona herbata to jeden z symboli Japonii. Co prawda, nie jest to japoński wynalazek, bo swoje pochodzenie zawdzięcza Chińczykom, jednakże ten zielony proszek wraz z całą ceremonią stał się jednym z bardzo charakterystycznych elementów kultury Kraju Kwitnącej Wiśni. Sam rytuał przygotowania i parzenia tej herbaty to nie takie hop siup – w Japonii, żeby móc serwować matchę zgodnie z wielowiekową tradycją, trzeba zdobyć stosowne uprawnienia i zaliczyć odpowiednie egzaminy państwowe.

Matcha to także tytuł gry, który przyleciała do nas z dalekiego Tajwanu. Co ciekawe jej autorem nie jest żaden Japończyk, a z krwi i kości Australijczyk David Harding, który w dorobku posiada nieco mniej znane tytuły jak … Oryginalnie gra wydana została przez Grail Games, a że gra traktuje o kulturze Kraju Kwitnącej Wiśni, więc naturalną koleją rzeczy musiała trafić pod skrzydła EmperoS4, które w tej tematyce się lubuje. Nie raz i nie dwa wspominaliśmy, że uwielbiamy dobre gry dwuosobowe, a że jakoś tak ostatnimi czasy spodobała nam się dalekowschodnia tematyka, więc z ogromną radością zasiedliśmy do Matchy. Co z tego wynikło? Zapraszam do lektury recenzji.




CO ZAWIERA GRA

Całość zamknięta jest w niewielkim pudełku, charakterystycznym dla najmniejszych gier EmperorS4. W środku czekała mała niespodzianka, czyli instrukcja wyłącznie po tajsku. Całe szczęście z pomocą przyszło BGG, skąd ściągnęliśmy instrukcję w języku Szekspira.

Cóż zatem otrzymujemy w pudełeczku? Prawdę mówiąc niewiele. Zaledwie 18 kart ceremonii (otemae), 8 kart mat (tatami) ora garstkę prześlicznych drewnianych znaczników – rzeczy niezbędnych podczas ceremonii (chadogu)- zielone liście, czerwone miseczki (chawan), niebieskie krople wody, żółte łyżeczki (chashaku) i białe bambusowe pędzelki (chasen) – wszystkiego po 7. Znaczniki te po prostu robią wrażenie i cieszą oko.

Do wykonania nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Znakomitej jakości karty i ww. znaczniki. Do tego już zdążyło mnie przyzwyczaić tajwańskie wydawnictwo.



CEL GRY

Wcielamy się rolę ludzi pragnących przygotować ceremonię herbaty. W tym celu musimy zgromadzić odpowiednie rzeczy, czyli wymienione wcześniej zielone liście, miseczki, krople wody, łyżeczki i bambusowe pędzelki – reprezentowane w grze przez drewniane znaczniki. Zwycięży ten, komu uda się zdobyć cztery jednakowe znaczniki lub też po jednym z z każdego z pięciu rodzajów.

PRZYGOTOWANIE GRY

Po pierwsze na środku stołu, pomiędzy graczami, wędruje 6 mat po trzy pary. W każdej takiej parze musi znaleźć się jedna mata z cyframi i jedna z symbolami.
Nie wnikając w szczegóły, musimy przygotować talię kart – a w zasadzie dwie talie,  z których sześć ląduje na rozłożonych matach, po pięć trafia na rękę jednego i drugiego gracza. Dwie pozostałe karty wędrują do pudełka – nie wezmą udziału w rozgrywce.

czwartek, 6 kwietnia 2017

PLANET DEFENDERS: złap robota - recenzja gry Wydawnictwa EmperorS4.

Waste Allocation Load Lifter – Earth Class, czyli w skrócie WALL-E. Pamiętacie może przygody tego sympatycznego robota, któremu za zadanie przypadło posprzątanie Ziemi? Genialne kino, które w pełni zasłużyło na Oscara. 

Nie wiem, co zainspirowało Wei-Min Ling, twórcę Planet Defenders, czyli bohaterki dzisiejszej recenzji, ale jestem przekonany, że gdzieś, kiedyś musiał się spotkać z wielkim dziełem Pixara. Nam od pierwszych chwil obcowania z tą grą udzielił się klimat tego filmu. Ileś tam partii za nami i cóż, wypadałoby się podzielić naszymi wrażeniami. Zapraszam zatem do lektury recenzji.





CO ZAWIERA GRA

Całość zamknięta jest w średniej wielkości pudełku. W środku czeka nas wiele dobrodziejstw. Mamy i kartoniki, z których składamy planszę, mamy karty, mamy kartonowe figurki, a do tego mnóstwo „żelków”, czyli różnej wielkości znaczników. Całość po prostu robi wrażenie.

Jakość w sumie jest naprawdę na wysokim poziomie, jednakże część kartonowych elementów zrobiona jest z dość miękkiego papieru i po prostu trzeba uważać, bo wszelkie odciski czy też ślady po paznokciach będą widoczne.

Kilka słów należy poświęcić instrukcji. Życzyłbym sobie, żeby tak były pisane wszystkie instrukcje. Napisana jest prostym i zrozumiałym językiem, w dodatku okraszona mnóstwem przykładów. Nie miałem żadnych problemów z okiełznaniem zasad.


CEL GRY

Przenieśmy się w przyszłość. W roku 2070 ludziom udało się skolonizować setki planet. Wykorzystano do tego całe mnóstwo robotów. Roboty te zrobiły swoje i stały się zbędne. Jednakże ich zniszczenie nie bardzo wchodziło w grę. Wyobraźcie sobie „morderstwo” takiego BB8 czy R2D2…. No właśnie. Postanowiono więc pozbyć się ich bardziej humanitarny sposób. Wysłano je wszystkie w kosmos, żeby po prostu dokonały żywota poprzez wyczerpanie się ich źródeł zasilania. Jak można się domyślać, plan się nie powiódł i niektórym robotom udało się jakimś cudem z powrotem podładować akumulatory i zaczęły się działać bez żadnej kontroli. W tym momencie wchodzimy my, czyli naukowcy, którzy sterując trzema robotami, zwanymi Obrońcami Planet (Planet Defenders), którzy mają za zadanie wprowadzić porządek w kosmosie.

Naszym zadaniem będzie zatem takie sterowanie trzema sympatycznymi robocikami, w celu zbierania tej całej robociej hołoty, która kręci się w przestrzeni kosmicznej. Ten, kto będzie w tym najlepszy, oczywiście wygra rozgrywkę.

wtorek, 10 stycznia 2017

HANAMIKOJI: po pierwsze uprzejmość- recenzja gry od EmperorS4.

Gdyby tak złapać statystycznego Kowalskiego gdzieś na ulicy i zadać mu proste pytanie,  z czym mu się kojarzy Japonia, to z pewnością wśród tych odpowiedzi padłaby, że z gejszami. Nie da się ukryć, że osoby te na stałe wryły się w pamięci jako ktoś nierozłącznie związany z krajem kwitnącej wiśni. Gejsza to zbitek dwóch słów gei (sztuka) i sza (osoba). Zatem mamy do czynienia z osobą uprawiającą tradycyjne, japońskie rodzaje sztuki. Gejsze są mistrzyniami w sztuce konwersacji, tańca, śpiewu i gry na tradycyjnych instrumentach japońskich. Parają się też również kaligrafią i ikebaną. Są również natchnieniem, np. twórców gier. 

Jedną z takich gier chciałbym dziś Wam przedstawić. Hanamikoji powstała w dalekim Tajwanie. Zdołała jednak zdobyć wiele przychylnych głosów na całym świecie i bardzo się cieszę, że udało nam się ją otrzymać do recenzji. Hanami-koji to ulica w Kyoto, gdzie możemy spotkać mnóstwo gejsz (do tego nawiązuje sama okładka gry). Tam też możemy zaznać smak tej starej Japonii, tej specyficznej kultury, obyczajów, swoistych ceremonii. Zapraszam zatem do świata gejsz przedstawionego w Hanamikoji.




CO ZAWIERA GRA

Całość zamknięta jest w niewielkim pudełku. W środku znajdziemy dwa rodzaje kart. 7 dużych przedstawia gejsze oraz 21 mniejszych – przedstawiających atrybuty każdej z nich. Mamy więc wagasa (papierowy parasol), kami-ogi (papierowy wachlarz), shamisen (coś podobnego do gitary), shakuhachi (bambusowy flet), kanzashi (ozdoba do włosów), kansubon (zwój do czytania) oraz (jakże by inaczej) zieloną herbatę w czajniczku. Przyznaję się bez bicia, że dawno nie widziałem tak ładnych kart, tak dopracowanych, tak klimatycznych. To naprawdę robi wrażenie.

Oprócz kart otrzymujemy również 7 znaczników zwycięstwa oraz dwa komplety (po 4 każdy) kafelków akcji.

CEL GRY




Wraz z przeciwnikiem mamy za zadanie zdobycie przychylności gejsz poprzez obdarowywanie ich pożądanymi przedmiotami – albo uda nam się „przekabacić” cztery z nich albo zdobędziemy 11 punktów wdzięku (charm points). Rywalizacja ta jednak jest dość specyficzna i głęboko osadzona w kulturze Japonii. My decydujemy, które karty mają zostać zagrane, ale to przeciwnik ma pierwszeństwo jeśli chodzi o to, która karta powędruje do nas, a która na jego stronę.