Reiner Knizia należy do naszych ulubionych autorów gier planszowych. Mamy świadomość tego, że owoce jego pracy są różne. Czasem będą to naprawdę dobre gry, czasem średnie a czasem słabe. Trudno mi by było sobie wyobrazić, żeby wśród tej całej masy gier, które zaprojektował (a będzie tego z kilkaset różnych tytułów) wszystkie były w tej pierwszej grupie. W większości jednak nie zawodzi i trzyma pewien poziom. Dlatego też nie umiemy przejść obojętnie obok jego nowej gry, zwłaszcza jeśli będzie to „duża” gra.
Quest for El Dorado, czy bohaterka tej
recenzji, ma ciut pogmatwaną historię. Pierwotnie ukazała się nakładem
wydawnictwa Ravensburger i skierowana była na największe rynki w tym niemiecki
i amerykański. Gra zebrała dobre recenzje i nic dziwnego, że gracze z innych
krajów również zapałali chęcią zabawy. Nie wnikając w szczegóły (których my i
tak nie znamy) doszło do sytuacji, w której to na rynku pojawiła się druga
wersja tej samej gry z całkowicie zmienioną szatą graficzną, za którą
odpowiedzialny został sam Vincent Dutrait (twórca choćby Nowego Jorku 1901, Nagaraja, Rising 5, Solenii czy też Wyspy Skarbów).
Ta właśnie nowa wersja za sprawą
Wydawnictwa Nasza Księgarnia trafiła na stoły polskich graczy jako „Wyprawa do
El Dorado”. Oczywiście nie mogliśmy obok tej gry przejść obojętnie i cóż, chcielibyśmy
się podzielić naszymi wrażeniami płynącymi z rozgrywki. Zapraszam zatem do
lektury recenzji.
Całość zamknięta jest w dużym pudle. W
środku znajdziemy całą masę komponentów jakże charakterystycznych dla
większości znanych mi planszówek, czyli mix kartonu oraz drewna. Papierowe
elementy to modułowa plansza (dwustronne duże i małe płytki terenu, blokady i
płytka końcowa, czyli brama El Dorado), płytki ekspedycji (niewielkie planszetki
dla każdego z graczy, będące jednocześnie ściągawką z przebiegu rundy), płytka
rynku. Do tego mamy mnóstwo kart, za pomocą których będziemy się poruszać po
mapie, kupować inne karty i wykonywać inne czynności. Dodatkowo w pudle czeka
na nas spora garść żetonów, które będziemy wykorzystywać w zaawansowanym
wariancie rozgrywki.
Wykonanie komponentów to klasa sama
w sobie. Ciekawe, że polski wydawca zatroszczył się o graczy i pomimo tego, że
w środku nie znajdziemy żadnej plastikowej wypraski, to umieścił
półprzezroczysty kawałek pleksi, dzięki czemu ta kartonowa wypraska jest
niejako chroniona przed możliwym „niszczycielskim” oddziaływaniem na wnętrze
pudła. Ciekawe rozwiązanie.
Załączona
instrukcja napisana jest bardzo poprawnie. Tekstu jest sporo, ale podany został
w sposób przystępny, okraszony wieloma przykładami. Zdecydowanie ułatwia
zaznajomienie się z zasadami.
CEL GRY
Każdy z nas wciela się w rolę
wędrowca, który wraz z innymi śmiałkami stanie na starcie swoistego wyścigu,
którego metą będą bramy legendarnego El Dorado. W jego trakcie będziemy
przemierzać różne rodzaje terenu, będziemy się wspomagać kartami
symbolizującymi różnych pomagierów. Oczywiście zwycięzca może być tylko jeden –
ten kto pierwszy dotrze na metę.
PRZYGOTOWANIE GRY
Przygotowanie zabawy nie należy do
czynności czasochłonnych. Przede wszystkim musimy rozpocząć od przygotowania
toru naszego wyścigu, tzn. musimy ułożyć kafle terenu wg jednego ze
zdefiniowanych w instrukcji wzorów. Możemy też stworzyć swój własny, do czego
zachęca nas sama instrukcja, zapewniając jednocześnie, że wszystkich możliwości
jest przeszło 100 tysięcy. Wierzę na słowo. Nasi bohaterowie reprezentowani
przez drewniane meeple wędrują na linię startu.
Zestawem startowym każdego z graczy będą
identyczne talie startowe złożone z ośmiu kart. Karty te tasujemy i formujemy
zakryty stos dobierania. Cztery wierzchnie karty wędrują na naszą rękę.
Następnie przygotowujemy rynek kart, które w trakcie gry będziemy nabywać, ulepszając
nasz początkowy zestaw kart.
I to w zasadzie tyle. Do biegu, gotowi,
START!