Projekt GIPF wydawał się być dziełem
kompletnym. Tych 6 gier (GIPF, TZAAR, ZÈRTZ, DVONN, YINSH, PÜNCT) stworzonych
przez genialnego Belga Krisa Burma wydawało się być projektem zakończonym i nic
nie wskazywało, żeby miało się to zmienić.
Dlatego też sporym zaskoczeniem była
wieść, że jednak to nie koniec, że pojawi się gra, która będzie niejako
ukoronowaniem tych kliku lat pracy nad tą genialną ucztą dla umysłu, że pojawi się ta przysłowiowa wisienka na torcie. Tym sposobem otrzymaliśmy grę o trudnym do
wymówienia tytule, czyli LYNGK. Podeszliśmy do niej oczywiście z ogromną
ciekawością, bo tak naprawdę wiele o niej nie wiedzieliśmy. Zagraliśmy raz,
drugi i… nas wciągnęła, ale nie uprzedzajmy faktów. Zapraszam do lektury
recenzji.
CO ZAWIERA GRA
Tradycyjnie już dla
całej serii Projektu GIPF całość zamknięta jest w przydużym (jak tradycja, to tradycja) pudle, które w
dużej mierze przechowuje powietrze. W środku obok dobrze napisanej instrukcji
znajdziemy planszę oraz 48 kolorowych pionów, które w zamyśle autora gry mają
nawiązywać kolorystycznie do wcześniejszych gier Projektu GIPF. Mamy zatem - 3
granitowe (GIPF) i po 9 czarnych (YINSH), zielonych (PÜNCT), beżowych (TZAAR),
czerwonych (DVONN) i niebieskich (ZÈRTZ). Do tego mamy płócienny woreczek.
Całość spoczywa sobie w plastikowej wyprasce. Jak każda gra
Projektu, tak i LYNGK jakościowo to klasa sama w sobie.
CEL GRY
W
grze mamy piony w 6 kolorach, przy czym pięć kolorów to kolory aktywne,
natomiast szósty (granitowy) pełni rolę dżokera zastępując dowolny inny kolor.
Początkowo gry piony wszystkich pięciu kolorów są neutralne i obaj gracze mogą
nimi swobodnie operować na planszy. W trakcie rozgrywki każdy gracz może
przejąć kontrolę nad 2 kolorami – w takim przypadku przeciwnik nie może już
nimi się poruszać. Celem gry jest budowa stosów złożonych z pięciu pionów w różnych
kolorów. Zwycięzcą zostaje posiadacz największej liczby takich stosów.



