Strony

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Trzy małe świnki: "dmuchnę, chuchnę i Twój domek zdmuchnę" - recenzja gry.

„Nu zajac pagadi”. Nieco starsi pamiętają tę rosyjską bajkę, w której to niedobry wilk usiłował zrobić wszystko, żeby tylko dorwać kochanego zajączka. Biedny Czerwony Kapturek też nie miał szczęścia do wilka. I znowu los postawił nam na drodze wilka w roli szwarccharakteru. 

Tym razem w zagrożeniu będą różowe stworzonka. Nasi milusińscy to bajkowe 3 małe świnki, które wyruszyły w świat, szukając miejsca na swoje własne mieszkanko. Jak pamiętamy z bajki, w końcu znalazły dla siebie odpowiednie miejsce na budowę własnego domku. Jedna zbudowała go ze słomy, druga z drewna, a trzecia z cegieł…a zresztą  bajkę znają wszyscy, a jak nie znają, to mogą sobie poczytać, bo jak to w „Bajkograch” bywa, obok instrukcji dostejemy też samą bajkę. A teraz przejdźmy do samej gry.



CO ZAWIERA GRA

Całość mieści się, podobnie jak i Żółw i zając, w specjalnie zaprojektowanym pudełku w kształcie książki, charakterystycznym dla całej serii Bajkogier. Pudełko zamykane jest na magnes. W środku odnajdziemy:

  • 36 płytek domu
  • 5 specjalnych kostek
  • koło dmuchania
  • 6 kart nagród








Wszystkie elementy umieszczone są w gustownej wyprasce. 

Kilka słów o jakości samych komponentów. Jest wzorowo. To znak szczególny wszystkich „Bajkogier”. Jakość kartonu użytego do produkcji to klasa sama w sobie. Ponadto fantastyczne grafiki naprawdę cieszą oko i to nie tylko dzieciaków. No i te kosteczki. Miód, malina… Przydałoby się jednakże coś (jakiś kawałek kartonu), co blokowałoby poruszanie się elementów gry w wyprasce. Wystarczy spionizować pudełko i część elementów opuści swoje miejsca i będzie nam hulać po pudełku.

CEL GRY

Musimy, niczym tytułowe świnki budować nasze domki i mieć szczęście, żeby niedobry wilk ich nam nie zdmuchnął. Najlepszy budowniczy zdobędzie najwięcej punktów i wygra. A to przecież jest celem gry.


wtorek, 22 grudnia 2015

TEBY: w poszukiwaniu skarbów - recenzja gry.

James Bond, Gwiezdne Wojny, Żandarm z Saint Tropez, Mad Max, Powrót do Przyszłości, i tak można jeszcze długo wymieniać. Uwielbiam te serie filmowe. Oczywiście celowo nie wspomniałem o jednej, którą w jakiś specjalny sposób darzę swoim uczuciem. Mowa tutaj o Indianie Jones. Pomimo tego, że wszystkie części znam niemalże na pamięć, to jakoś nigdy nie potrafię sobie odmówić (jeśli mam okazję) do obejrzenia choćby fragmentu, po raz n-ty. Któż nie chciałby być takim archeologiem, któremu dany było przeżyć całe pokłady wszelakich przygód, dysponować taką wiedzą. 

Dlatego też gry, które zawierają jakiś element związany z archeologią po prostu lubię. Bardzo ucieszyłem się na wieść, że wydawnictwo Rebel wyda znaną i lubianą grę pod tytułem Teby, czyli bohaterkę dzisiejszej recenzji. Warto było czekać? Zapraszam do recenzji.



CO ZAWIERA GRA

Kooperacja naszego rodzimego Rebela jak i niemieckiego Queen Games oznacza wysoką jakość tego, co znajduje się w pudełku. Teby nie są tutaj żadnym wyjątkiem. Dokładny opis ze zdjęciami można znaleźć w naszym unboxingu. Poniżej lista komponentów, z jakimi będziemy mieć do czynienia w grze:

  • instrukcja i arkusz pomocy,
  • plansza,
  • 4 archeologów (w 4 kolorach),
  • 4 znaczniki czasu (w 4 kolorach),
  • 1 znacznik roku,
  • 85 kart badaczy,
  • 10 kart wystaw,
  • 5 kart podsumowania,
  • 4 koła czasu,
  • 4 zestawy pozwoleń na prowadzenie wykopalisk
  • 155 żetonów wykopalisk
  • 5 płóciennych woreczków oznaczonych kolorami
Lista jak widać jest długa.

Bardzo lubię instrukcje załączone do gier wydanych przez Queen Games. Mają charakterystyczny układ, który sprawia, że są niesamowicie czytelne, a dodatkowe przykłady znacznie ułatwiają przyswojenie zasad. Nie inaczej jest w przypadku Teb.

CEL GRY



Każdy z graczy wciela się w rolę archeologa. Tym razem jednakże nie jest to emocjonująca akcja rodem z Indiany Jonesa, jaką możemy spotkać choćby w Ucieczce. Świątynia Zagłady. Tutaj mamy spokojne planowanie swoich ruchów, zdobywanie wiedzy, w celu jak najlepszego przygotowania do eksploracji wykopalisk i zaprezentowania światu owoców tych poszukiwań na specjalnie zorganizowanych wystawach.

Niemalże wszystko jest w tej grze punktowane, więc musimy działać wielotorowo, żeby na koniec okazać się najlepszym z archeologów, dzięki największej sumie zdobytych punktów.




sobota, 19 grudnia 2015

CELESTIA: podniebna podróż z przygodami - recenzja gry.

W roku 1999 Aaron Weissblum pokazał światu grę pod tytułem Cloud 9. Może wielkiej kariery nie zrobiła, jednakże była na tyle interesująca, że warto było dać jej jeszcze jedną szansę. Kilkanaście lat później ten sam autor zaprosił do współpracy rysownika Gaetana Noir. Ich współpraca zaowocowała nowym tytułem, który garściami czerpie z pierwowzoru. W 2015 roku pojawiła się Celestia i od razu wzbudziła zachwyt. 

Przepiękne grafiki i ciekawa mechanika okazały się strzałem w 10. Ponadto gra otrzymała ciekawą otoczkę fabularną. Pewnie wiele osób kojarzy jeszcze Guliwera. Mam świadomość, że obecnie przegrywa on z wieloma bohaterami czy to kreskówek czy też komiksów. Tak czy inaczej poszukiwał tajemniczej krainy zwanej Celestią. Na próżno. My mamy szansę to naprawić, bo jakimś cudem udało nam się odnaleźć Celestię i przyjdzie nam w udziale poznanie tej baśniowej krainy. Zapraszam, zatem do naszej relacji z tej przygody. 



CO ZAWIERA GRA 

Przepiękne pudełko, to coś, co rzuca się od razu w oczy. Zresztą pisaliśmy już o tym w naszym unboxingu. Tak dla przypomnienia, w środku, oprócz dobrze napisanej instrukcji znajduje się: 


  • statek powietrzny – ten niewielki gadżet robi ogromne wrażenie i należy się cieszyć, że na coś tak fajnego zdecydował się wydawca, 
  • 6 pionków awanturników, 
  • 6 żetonów awanturników, 
  • 9 żetonów „Miasta”,
  • 4 kości wydarzeń, 
  • 78 kart skarbów, 
  • 68 kart ekwipunku, 
  • 8 kart „Turbo”, 
  • 8 kart „Moc”. 



Jakość komponentów jest na bardzo wysokim poziomie. A te grafiki…to z pewnością jedna z pretendentek do najładniejszej gry roku 2015. Istny majstersztyk. 

CEL GRY 

A więc odkryliśmy wraz z innymi „Guliwerami” tę tajemniczą Celestię. Mamy zatem okazję zobaczyć te wszystkie niesamowite miasta i podziwiać ich piękno, a także zdobyć skarby Celestii. Do naszej dyspozycji jest podniebny statek, którym będziemy wyruszać w nasze podróże. Wszystko pięknie, ale nie jesteśmy sami i każdy walczy o to by zdobyć jak najwięcej skarbów, bo zwycięzca w tym osobliwym wyścigu może być tylko jeden. 




wtorek, 15 grudnia 2015

PRZEZ AFRYKĘ: afrykańskie zdjęciobranie - recenzja gry.

Pamiętam czasy dzieciństwa, gdy gra planszowa była jednak czymś niezbyt często spotykanym. Do dziś pamiętam godziny spędzone chociażby na „Grzybobraniu”. Gra, w której w zasadzie wszystko zależało od rzutu kostką. Ta radocha ze zbierania grzybków z planszy. To było bezcenne. Tak czy inaczej dzięki takim grom zaczęła kiełkować moja miłość do planszówek. 

Kiedy zobaczyłem „Przez Afrykę”, kiedy przeczytałem instrukcję, możecie mi wierzyć albo nie, ale poczułem się dzieckiem. Właśnie takim dzieckiem, które zagrywało się w takie totalnie losowe „Grzybobranie”. Jeśli chcecie wybrać się w dziecinną podróż po Afryce, to zapraszam do recenzji.




CO ZAWIERA GRA

Wszystko zamknięte zostało w średniej wielkości pudełku. Oprócz instrukcji znajdziemy w nim:


  • planszę;
  • kostkę do gry;
  • 20 diamentów;
  • 4 pionki graczy (po jednym w każdym kolorze);
  • 30 kart z fotografiami;
  • 24 karty przygód (w trzech językach);
  • stojak na fotografie w kształcie krokodyla (do samodzielnego złożenia przed rozgrywką, złożony swobodnie mieści się w pudełku).



Nie muszę dodawać, że mając przed oczami grę wydaną przez G3, mogę tylko powiedzieć, że jak zwykle jakość wszystkiego, począwszy od pudełka, planszy, komponentów czy instrukcji, wszystko to stoi na najwyższym poziomie. Przecudowne grafiki Sylwii Smerdel (znanej choćby ze Stinky Business czy Robot X) naprawdę cieszą oko. Aż się chce grać.

CEL GRY




„Przez Afrykę” jest grą kooperacyjną. Żeby wygrać, trzeba mądrze działać razem. Musimy zebrać odpowiednią ilość diamentów jak również punktów z tytułu wykonanych fotografii.
Istnieje też drugi wariant tej gry. Każdy z graczy jest sobie sterem i żeglarzem. Kto będzie miał więcej diamentów i i ustrzeli więcej fotek, ten wygra.







poniedziałek, 14 grudnia 2015

ŻÓŁW I ZAJĄC: do biegu, gotowi, start!- recenzja gry.

W VI wieku p.n.e żył sobie w Grecji pewien człowiek. Nazywał się Ezop. Na kartach historii zapisał się jako autor wielu bajek. Tym co w sposób szczególny wyróżnia bajki Ezopa jest to, że zawierają w swojej treści element moralizatorski, coś co sprawia, że bawią one i uczą. 

Na kanwie jednej z tych bajek oparta została gra Żółw i Zając należąca do cyklu Bajkogier wydanych w naszym kraju przez wydawnictwo 2 Pionki. Żółw i zając biorą udział w wyścigu. Teoretycznie żółw nie ma w nim najmniejszych szans…a jednak to on zostaje zwycięzcą. Morał z tej bajki jest taki, że… no nie, to akurat nie jest temat tej recenzji. Odłóżmy na moment walory edukacyjne a skupmy się na samej grze.




CO ZAWIERA GRA

Całość mieści się w specjalnie zaprojektowanym pudełku w kształcie książki, charakterystycznym dla całej serii Bajkogier. Pudełko zamykane jest na magnes.




 W środku odnajdziemy:


  • 11 kafelków toru;
  • 5 naklejek na drewniane pionki;
  • 91 kart, w tym 81 kart wyścigu, 5 kart Zakładu początkowego i 5 kart pomocniczych;
  • 1 kafelek z linią startu;
  • 1 podium i linia mety (do samodzielnego złożenia);
  • 1 żeton gracza początkowego;
  • 5 żetonów Turbo;
  • instrukcję;
  • książeczkę zawierająca treść bajki.






Wszystkie elementy umieszczone są w gustownej wyprasce. 




Kilka słów o jakości samych komponentów. Jest wzorowo. Jakość kartonu użytego do produkcji to klasa sama w sobie. Ponadto fantastyczne grafiki naprawdę cieszą oko i to nie tylko dzieciaków.






piątek, 11 grudnia 2015

HARU ICHIBAN: niech zakwitną nenufary - recenzja gry

Bruno Cathala i wszystko jasne. To nazwisko gwarantuje co najmniej dobrą grę. Ja przynajmniej jak do tej pory nie zawiodłem się na nim. Współautor takich hitów jak Five Tribes, Abyss, 7 cudów świata czy też swoistego uniwersum Mr. Jacka. Jest też autorem mniej znanych, a wartych poznania, dwuosobowych tytułów, jak np. Longorn czy też Niya (zwana też Okiya). Warto zwrócić uwagę na ten drugi tytuł, gdyż bohater dzisiejszej recenzji mechaniką troszeczkę przypomina Niyę. 




Haru Ichiban to kolejne solowe dzieło, które pod przykrywką klimatu rodem z japońskiego ogrodu, jest po prostu grą logiczną skierowaną do dwóch osób. Tytuł z pewnymi problemami technicznymi w końcu się ukazał i spróbujemy odpowiedzieć na pytanie, czy warto było czekać na tę nowość wydawnictwa Hobbity.eu. Zapraszam zatem do recenzji.

CO ZAWIERA GRA

W środku, oprócz dość dobrze napisanej instrukcji znajduje się:






  • 8 czerwonych kwiatów (oznaczonych cyframi z przedziału 1-8);
  • 8 żółtych kwiatów (oznaczonych cyframi z przedziału 1-8);
  • 16 nenufarów;
  • 2 żaby;
  • 2 znaczniki ogrodników;
  • plansza „staw”;
  • tor punktacji






Pudełko mogłoby być nieco mniejsze, bo w dużym stopniu przechowuje powietrze. Jakość komponentów jest na wysokim poziomie. Dobry jakościowo karton z pewnością trochę nam posłuży.
Mi się jednak marzy to oryginalne wykonanie gry pokazane na Essen (wszystko w drewnie w bardzo sprytnym „opakowaniu”). To była jednakże limitowana edycja a my musimy zejść na ziemię do naszych realiów i cieszyć się normalną wersją gry.

CEL GRY



Przenosimy się do japońskiego ogrodu. Mamy wiosnę, wszystko się budzi do życia. Żabki sobie kumkają, wieje pierwszy wiosenny wiatr (czyli po japońsku Haru Ichiban). Dwóch ogrodników staje w szranki o zaszczytny tytuł Cesarskiego ogrodnika. Oczywiście zwycięzca może być tylko jeden.
Zwycięstwo przyniesie zebranie 5 punktów, które to otrzymamy ze realizację określonych zadań. A te zadania to po prostu ułożenie odpowiedniego wzoru ze swoich kwiatów. Może to być kwadrat o boku 2x2 lub też pionowa/pozioma/ukośna linia. Każdy taki wzór jest odpowiednio punktowany.




środa, 9 grudnia 2015

TEBY: co skrywa pudełeczko? (fotograficzny unboxing)

Uwielbiam czasy starożytne. Antyczne skarby, Bogów, piasek pustyni a wśród niego wykopaliska archeologów. Kiedyś przez moment nawet zastanawiałam się czy nie zostać archeologiem. Nic więc dziwnego, że nie mogłam obojętnie przejść obok gry o takiej tematyce.

Bo Teby - nowość od wydawnictwa Rebel - to właśnie takie swoiste poruszanie się po terenie wykopalisk. Ale zanim zabierzemy Was w podróż po Europie i każemy w promieniach gorącego słońca poszukiwać antycznych skarbów najpierw zapraszamy na fotograficzną podróż do wnętrza pudełka z grą. 


Rzut oka na pudełko wystarczy, żeby nie mieć wątpliwości co będzie tematem gry. Antyczna egipska świątynia, złoty posąg Faraona i oni...archeologowie gotowi przekopać piaski pustyni. Czy odnajdziemy tam ten archeologiczny klimat? A może we wnętrzu pudełka natrafimy na jakieś skarby? Żeby się o tym przekonać nie pozostaje nam nic innego jak tylko zajrzeć do pudełka.

No to do dzieła! Otwieramy pudełeczko...


Podnosimy wieczko solidnego pudełka i naszym oczom ukazuje się instrukcja do gry a pod nią dwustronny arkusz pomocy. Ale iście archeologiczne poszukiwania czas kontynuować. Bowiem przed nami woreczek strunowy sporej wielkości a w nim wszystkie elementy gry. Co tam znajdziemy? Sporo tekturowych planszetek z różnymi żetonami i innymi niezbędnymi rzeczami. Zaraz Wam wszystko szczegółowo pokażemy i opiszemy. Na razie kontynuujmy podróż do wnętrza pudła. Pod workiem z elementami znajdziemy jeszcze dwie talie kart a na samym spodzie to bez czego całe wykopaliska nie będą mały sensu czyli plansza- mapa. 

poniedziałek, 7 grudnia 2015

GWIAZDKOWY PORADNIK PLANSZÓWKOWY czyli jaką grę wrzucić pod choinkę.

Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta... Nie, nie! To nie reklama znanego napoju. Święta Bożego Narodzenia zbliżają się coraz większymi krokami. A co za tym idzie wiele osób zastanawia się co takiego sprawić najbliższym w prezencie pod choinkę. Dla tych, którzy myślą o grach planszowych przygotowaliśmy mały poradnik zakupowy. 

źródło:pixabay

Prezentujemy nasz subiektywny zbiór kilku gier godnych rozważenia w charakterze świątecznego prezentu. Znajdziecie w nim gry dla dzieci, gry rodzinne ale i gry imprezowe, gry dla dwojga czy nieco zaawansowane tytuły dla planszówkowych maniaków. To nie ranking - kolejność nie jest wyznacznikiem wartości gier. To nasze propozycje gier, które mieliśmy okazję przetestować i śmiało je polecamy.

No to zaczynajmy!

GRY DLA DZIECI

Na pierwszy plan niech pójdą gry dla dzieci. A ostatnimi czasy pojawiło się sporo ciekawych pozycji w tej kategorii, więc wybór może nie być taki prosty. My zdecydowaliśmy się na podpowiedź dwóch serii gier. Cóż to takiego będzie? Zobaczcie sami:

Bajkogry (2 Pionki / Portal)

Wydawnictwo 2 Pionki wiedziało co robi wydając tę serię przed świętami. Przepiękne wykonanie gier do złudzenia przypomina książki z bajkami. A i owszem - w środku poza tym co najważniejsze czyli grą znajdziemy także krótką bajeczkę, na podstawie której powstała dana gra. I jak na serię przystało mamy tutaj wybór spośród 3 gier. Bowiem aktualnie dostępne są następujące tytuły: Trzy małe świnki, Baba Jaga i Żółw i zając. Trzy bajkowe historyjki - trzy świetne gry. 


Trzy Małe Świniki to gra oparta na mechanice press your luck czyli po ludzku kuszenia losu. Rzucamy kostką i decydujemy jakie elementy bierzemy, żeby wybudować nasz domek. Możemy grać asekurancko ale możemy także iśc na całość i przerzucać kości licząc, że dadzą nam to na co czekamy. No i jeszcze musimy obronić nasz domek przed groźnym wilkiem, który (jak to w bajce było) chuchnie, dmuchnie i nasz domek zdmuchnie... albo i nie. Mnóstwo emocji i świetnej zabawy. 

Baba Jaga - kolejna wariacja na temat mechaniki memory. Zaklęty las skrywa w sobie różnorodne składniki potrzebne do przygotowania magicznej mikstury. I nie byłoby to może jakieś wielkie wyzwanie ale Baba Jaga w wielkim kotle krąży nad poszukiwaczami utrudniając im odnalezienie składników potrzebnych do rzucenia zaklęcia. kto będzie pierwszy - poszukiwacz czy Baba Jaga. Dobra pamięć i stalowe nerwy niezbędne!

Żółw i zając - do wyścigu staje 5 zwierząt, w tym tytułowy żółw i zając. I jak to w wierszu La Fontaine było pewny siebie zając podczas wyścigu obijał się i odpoczywał bowiem był tak zadufany w sobie, że nawet przez myśl mu nie przyszło, że powolny, ślamazarny żółw może wygrać. Gracze musza szybko analizować sytuację na torze wyścigu i odpowiednio zagrywać karty tak, żeby wyprowadzić na prowadzenie posiadane przez siebie zwierzęta. jest tylko jeden mały problem - nikt nie wie jakie zwierzątka ma przeciwnik więc promując jedno ze swoich lub ruszając dla mniejszego zła jakieś zwierzątko można niechcący pomóc przeciwnikowi. Niesamowite emocje, kupa śmiechu a może i nawet fochy jak ktoś komuś przeszkodzi gwarantowane!


niedziela, 6 grudnia 2015

HANAFUDA: karciany orient- recenzja gry.

Japonia, to dla nas Europejczyków kraj dość osobliwy. Kompletnie odmienna kultura, odmienne zachowania, odmienny sposób bycia, spora rezerwa do wszystkiego, co jest niejapońskie. Nic dziwnego, że nawet japońskie karty do gry są dla nas ciekawostką, czymś kompletnie innym niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni.
Hanafuda, bo niej mowa w swej strukturze zupełnie nie przypomina europejskich talli, nie występują w niej liczby ani oznaczenia takie jak kier, karo, trefl czy pik. Ta gra opiera się na zupełnie innej symbolice - 48 kart Hanafudy odwzorowuje 12 kalendarzowych miesięcy. A każdemu z nich przyporządkowany jest obraz kwiatu.



Tak czy inaczej Hanafuda ma europejskich rodziców, chociaż jej historia jest nieco wyboista. W XVI w. do kraju Kwitnącej Wiśni zawitali Portugalczycy, którzy m.in. pokazali Japończykom karty. Wzbudziło to ogromne zainteresowanie zwłaszcza w półświatku, gdzie za pomocą kart kwitł sobie w najlepsze hazard. Żeby nieco ukrócić życie japońskim „Wielkim Szu” szogunat zabronił ich stosowania. Od tego czasu trwała z władzami swoista zabawa w kotka i myszkę. Zabraniano stosowania jednych kart, więc nie bici w ciemię Japończycy wymyślali inne. Ostatecznie w 1868 roku oficjalnie zniesiono zakaz ich używania, a w roku 1889 rozpoczęła się legalna ich produkcja. Pierwszym ich producentem była pewna młoda firma, którą dziś znamy z "nieco" innego asortymentu. Mowa tutaj o Nintendo.
W naszym kraju możemy zapoznać się z tymi niesamowitymi kartami dzięki firmie Trefl. Zapraszamy do lektury naszych wrażeń ze spotkania się z czymś zupełnie dla nas innym.

CO ZAWIERA GRA



Wykonanie gry stoi na najwyższym poziomie. Całość mieści się w niewielkim pudełeczku wykonanym z miłego w dotyku papieru. W środku spotkamy się z bardzo gustowną plastikową wypraską, pokrytą czymś w rodzaju zamszu. A w wyprasce czekają na nas bohaterowie dzisiejszej recenzji, czyli 48 pięknie wykonanych kart. Załączono również książeczkę (a w zasadzie dwie w języku polskim i angielskim) zawierającą oprócz reguł gry również bogatą historię Hanfudy.






Przyjrzyjmy się samym kartom. 48 kart, podzielonych jest na 12 miesięcy. Na każdej unikalnej karcie (żadna się nie powtarza) znajdziemy tradycyjne motywy roślinne i zwierzęce. Każdy roślina symbolizuje inny miesiąc, któremu przyporządkowane są cztery różne karty - każda o innej wartości. Zwykle na dany miesiąc składają się dwie karty z motywem roślinnym (warte 1 punkt), jedna karta ze zwojem (5 punktów) i jedna karta z motywem zwierzęcym lub symbolicznym (10 lub 20 punktów).




sobota, 5 grudnia 2015

XXV PIONEK - rodzinne spotkania z grami planszowymi już za tydzień w Zabrzu!

Kto nie zna albo przynajmniej nie słyszał o Pionku? I nie mam tutaj na myśli pionka do gry, choć taki zna z pewnością każdy. Pionek to najstarsze w Polsce rodzinne spotkania z grami planszowymi. 


Pierwszy raz odbyło się w 2006r w Gliwicach. I od lat ściąga do siebie tysiące ludzi - miłośników planszówek, dobrej zabawy, radosnego spędzania czasu. Wraz z rozwojem rynku planszówkowego charakter Pionka się zmieniał. Przez pierwsze kilka lat odbywały się 4 Pionki rocznie. Obecnie odbywają się 2 duże Pionki rocznie - w czerwcu i grudniu. 

W najbliższy weekend (12.12-13.12) wystartuje XXV edycja Pionka. Odbędzie się w Zabrzu - tym razem w dużej Hali Sportowej MOSiR.

piątek, 4 grudnia 2015

HOCKI KLOCKI: życie jest czadowe - recenzja gry

Pewnie każdy z nas gdzieś kiedyś bawił się klockami. Czy to drewnianymi, czy plastikowymi. Nieważne. Klocki to był ważny element zabawy i fantastyczny pochłaniacz czasu i „uwalniacz” naszej wyobraźni . Będąc tatusiem dwójki fantastycznych pociech, widzę,  nic się w tej kwestii nie zmieniło, że pomimo tych wszystkich tableto-smartfono-komputero-telewizorów klocki nie straciły na swojej atrakcyjności. Powiem szczerze, że jako dorosły chłop nie odmówię sobie okazji na zabawę klockami. To ciągle fajna i mądra zabawa. 



Nie wiem jak to się stało, że do tej pory nie było zbyt wielu planszówek, w których klocki odgrywałyby znaczącą rolę. Owszem bawiłem się jakąś grą sygnowaną marką Lego. Tam jednakże klocki służyły do budowy planszy i elementów gry. Hocki Klocki (od wydawnictwa Black Monk), czyli bohaterowie tej recenzji to coś innego. A cóż takiego? O tym postaram się opowiedzieć w poniższym tekście.

CO ZAWIERA GRA

Całość mieści się w niewielkim pudełeczku. W środku znajdziemy oprócz instrukcji sporo komponentów. Wśród nich:



  • 36 plastikowych klocków w 4 kolorach (po 9 klocków w każdym kolorze);
  • 10 kart Zasad;
  • 10 kart Punktów;
  • 144 karty Kształtów (po 36 kart z 4 wartościami);
  • 1 klepsydra;
  • 1 karta "Twoja Zasada" 





Całość wykonana jest bardzo dobrze. Ciekawe grafiki, dobrej jakości karty. Klocki, które znajdziemy w środku zostały wytworzone przez firmę Cobi. Niestety nie jest to jakość Lego a w związku z tym (zwłaszcza na początku) pojawiły się pewne problemy, o których będzie później.



środa, 2 grudnia 2015

FLUXX: zmienność, widzę zmienność! - recenzja gry.

Czy już kiedyś pisaliśmy, że lubimy małe karcianki? Pewnie nie raz. Fluxx to właśnie mała karcianka, która od jakiegoś czasu jest obecna w wielu krajach. Do tej pory jakoś nie dane nam było nasze polskie wydanie. 

Sama gra istnieje na rynku od 1996 roku, kiedy to niejaki Andrew Looney założył swoje wydawnictwo (Looney Labs) i wypuścił na świat pierwszą wersję Fluxxa. Gra nawet otrzymała nagrodę Mensy. Od tego czasu powstało naprawdę wiele odmian tej gry (m.in. Batman Fluxx, Monty Python Fluxx czy Cartoon Network Fluxx). Owszem zagraniczne wersje bez większych problemów można było kupić i w Polsce. Jednakże to gra dość mocno zależna językowo, co niestety powodowało, że krąg odbiorców był nieco ograniczony. Całe szczęście, dzięki wydawnictwu Black Monk, gra w polskiej wersji językowej zawitała do naszego kraju. I to w trzech wersjach: klasycznej, Cthulu i Zombie. Czy warto było czekać? Zapraszam do recenzji - w naszym przypadku skupimy się na wersji klasycznej.





CO ZAWIERA GRA

Jako, że Fluxx to mała karcianka, wszystko mieści się malutkim, zgrabnym pudełeczku, ze sprytnym sposobem zamykania. Tego jeszcze nie widziałem i muszę przyznać, że mi się podoba to rozwiązanie. 



W pudełku oprócz instrukcji znajdziemy 110 kart w tym: karty nowych zasad, karty celów, karty akcji i karty fantów, karty pomocy i kilka pustych kart. 

Kilka słów o instrukcji. Jest krótka, zwięzła i bardzo przystępna. Jednakże sama gra ma w sobie kilka niuansów, które w pewien sposób wprowadzają trochę niejasności. Całe szczęście instrukcja zawiera zestaw najczęściej zadawanych pytań wraz z odpowiedziami, które rozwiewają wszelkie wątpliwości. A jak się jeszcze jakieś pojawią, to warto zajrzeć na stronę wydawnictwa lub po prostu zadać pytanie i na pewno uzyskamy satysfakcjonującą odpowiedź.

Słowa pochwały należą się również tłumaczowi, który wykonał kawał dobrej roboty

poniedziałek, 30 listopada 2015

CELESTIA: co skrywa pudełeczko (foto unboxing)?

Kto z nas nie marzył choćby raz o podróży do jakiejś cudownej krainy? Krainy pełnej tajemniczych miast, niespotykanych mieszkańców i olbrzymich skarbów. Celestia - gra od wydawnictwa Hobbity - daje nam taką możliwość. 

Ale zanim zabierzemy Was w pełną wyzwań podróż do podniebnej krainy Celestii proponujemy fotograficzną wycieczkę po zawartości pudełeczka z grą. Szykujcie się na wspaniałe wrażenia. 


Na froncie zgrabnego pudełeczka witają nas przepiękne grafiki autorstwa Geatan Noir. Ten młody francuski ilustrator to istny "człowiek orkiestra" - interesuje się grami video, filmem animowanym i oczywiście ilustracją. Galerię jego prac możemy podziwiać choćby na jego fanpage'u na FB. Zaczyna się klimatycznie, bardzo klimatycznie... A jak będzie dalej? Nie pozostaje nam nic innego jak tylko przekonać się zaglądając do wnętrza pudełeczka ...


No to do dzieła! Otwieramy pudełeczko ...


Pod klimatycznym wieczkiem skrywa się piękna, kolorowa instrukcja do gry a pod nią instrukcja złożenia jednego z najważniejszych elementów a mianowicie statku powietrznego. Zaglądając głębiej natrafiamy na pięć kartoników z tekturowymi żetonami ("Awanturników" i "Miast") i elementami owego statku. Na samym spodzie pudełka docieramy do dwóch talii kart (małych kart "Skarbów" i dużych kart "Ekwipunku", "Turbo" i "Mocy"), czterech kości "Wydarzeń" i 6 pionków "Awanturników". Kilka woreczków strunowych na uporządkowanie wszystkiego w środku pudełeczka i tyle. Ot cała tajemnica zawartości pudełeczka z grą Celestia.

Czujecie niedosyt? No pewnie... Bo cóż takiego zobaczyliście? Parę zdjęć  zawartości gry? Oczywiste, że nie zostawimy Was z tym niedosytem. Rzućmy zatem okiem na poszczególne elementy:

sobota, 28 listopada 2015

DZIELNE MYSZKI: myszy harcują gdy kota nie czują - recenzja gry.

"Dzielne myszki wyruszyły na wyprawę do krainy, w której wszystko jest zrobione z sera. Im bliżej celu dotrą, tym więcej przysmaku zdobędą. Jest tylko jeden problem. Wielki, głodny i kudłaty problem, który ruszył ich tropem. Spieszcie się! Wygra mysia rodzinka, która zdobędzie najwięcej sera!"

Taką historyjką do zabawy zaprasza nas instrukcja gry Dzielne Myszki - kolejnej propozycji z nowej serii dla dzieci "ZAGRAJ ZE MNĄ" wydawnictwa Egmont. Czy mysia rodzinka zdąży wyprowadzić kawałeczki serka zanim dopadnie ją kot? A może duży, głodny, kudłaty problem okaże się nie do przeskoczenia? Chcecie się przekonać? Zapraszamy zatem do recenzji gry.




CO ZAWIERA GRA

Pudełeczko średniej wielkości od pierwszego spojrzenia przyciąga wzrok. Rozpędzone myszki harcują w krainie sera ale już ich śladem pędzi rozwścieczony kot. A w pudełeczku znajdziemy:





  • planszę do gry;
  • figurkę kota;
  • 18 figurek myszek (5 niebieskich, 5 czerwonych, 4 zielone, 4 żółte);
  • 20 serków (po 4 w rozmiarach: 1, 2, 3, 4 i 6  kawałków);
  • kostka do gry z cyframi 2,3,4 i 5 oraz pola z kotem

Zainteresowanych bliższym przyjrzeniem się poszczególnym komponentom odsyłamy do naszego fotograficznego unboxingu





środa, 25 listopada 2015

STINKY BUSINESS: zostań królem śmieci - recenzja gry

Ostatnimi czasy zacząłem zwracać uwagę na pewien aspekt naszego życia. Aspekt niezwykle istotny chociaż niekoniecznie przyjemny. Chodzi oczywiście o śmieci. Produkujemy tego naprawdę dużo, bo widzę, ile nasza czwórka jest w stanie ich wyprodukować. A jak odniesiemy to do jakiejś większej zbiorowości, to te tony śmieci mogą przerażać. Zacząłem też trochę czytać o tym, co się w Polsce z takimi śmieciami robi. Stanął mi przed oczyma widok takiego dużego wysypiska, które kiedyś, kiedyś razem z kumplami nielegalnie odwiedzaliśmy w poszukiwaniu „skarbów”. Całe szczęście trochę zaczyna się to zmieniać. Coraz więcej śmieci podlega recyklingowi, bardzo powoli rusza temat sortowni i spalarni śmieci. To dobrze. 

I dobrze się stało, że twórcy gier na kanwie ekologii zaczęli projektować swoje gry. Stinky Business idealnie wpisuje się w ten trend.
Śmieci stały się też dochodowym biznesem i tutaj można wiele o tym napisać, ale oczywiście to nie czas i miejsce. Skupmy się zatem na uproszczonym modelu jaki mamy w omawianym dziś tytule. Czy drugi człon nazwy gry (Clean Money) faktycznie pozwoli na wzbogacenie się? Zapraszam do lektury.



CO ZAWIERA GRA

Wydawnictwo G3 przyzwyczaiło nas do wysokiej jakości tego, co znajduje się w pudełku. Nie inaczej jest w przypadku Stinky Business. Dokładny opis ze zdjęciami można znaleźć w naszym unboxingu

Poniżej krótka lista komponentów z jakimi będziemy mieć do czynienia w grze:



  • plansza
  • 110 kart odpadów
  • 25 kart przetwórni (po 5 na każdego gracza)
  • 30 żetonów przetwórni
  • 60 żetonów rentowności przetwórni
  • 43 znaczniki sortowni/spalarni (12 czerwonych, 12 niebieskich, 8 czerwonych, 6 żółtych, 5 fioletowych)
  • 85 banknotów ekodolarów (które łudząco przypominają te z Eurobusinessu)




Stinky Business to gra polskiego autora Piotra Jesionka, którego graficznie wspomogła Sylwia Smerdel (autorki np. milusich grafik do Robot X). Całość wygląda imponująco. Piękne grafiki, które dodają klimatu, bardzo solidne komponenty (gruby karton, drewno, solidne karty) - to wszystko naprawdę cieszy oko. Sama plansza nie dość, że jest ładna, to w dodatku funkcjonalna, gdyż zawiera informacje o tym, gdzie, co położyć, ile zapłacić, ile czego jest w grze oraz punktację. Ktoś nad tym pomyślał. Brawo.



Gra jest niezależna językowo. Na kartach i planszach gracza występują jedynie angielskie nazwy (bio, paper, glass, garbage, aluminium). Jednakże w żadnym stopniu nie przeszkadza to w grze. Wiem, że znajdą się puryści językowi, którym nie w smak takie potraktowanie polskich graczy. Podobny zabieg mamy choćby w Exoplanets. Cóż, chyba coraz częściej będziemy mieć do czynienia z taką sytuacją.

Warto wspomnieć o malutkim akcencie edukacyjnym. Na kartach widnieją informacje o czasie rozkładu poszczególnych rodzajów śmieci, np. szkło potrzebuje 4000 lat, żeby ulec całkowitemu rozkładowi.